No i stało się…po zeszłorocznej podróży do USA i wiosennej wycieczce do słonecznej Italii mieliśmy do końca roku zacisnąć pasa i nie wyjeżdżać nigdzie, bo za rok szykuje się…na razie wam nie powiemy co ;-).
Wracając do tematu, nie mogliśmy jednak tak długo usiedzieć w jednym miejscu więc postanowiliśmy w wersji ekonomicznej wyruszyć z przyczepą i na dziko poobcować z przyrodą. No, ale gdzie mamy się udać? Podlasie już było kilka razy, więc wypada zwiedzić jakiś nowy zakątek Polski. Decyzja zapadła, ruszamy do Roztocza. Po obejrzeniu kilku odcinków vlogów o tej krainie, nastawieni byliśmy, że jedziemy na drugie Podlasie, gdzie turystów i asfaltu brak. Niestety życie zweryfikowało szybko nasze wyobrażenia i to co widzieliśmy na filmikach.
Zanim jednak dotarliśmy po drodze minęliśmy miejscowość słynną nie tylko wśród fanów E.T. Emilicin to mała wieś gdzie rzekomo kilkadziesiąt lat temu wylądowało UFO i jeden z mieszkańców został porwany…


Na dzień dobry mieliśmy problem, żeby znaleźć jakąkolwiek legalną miejscówkę „na dziko” i spędziliśmy kilka godzin w poszukiwaniu tego idealnego miejsca, aż w końcu wylądowaliśmy na małej polance z wiatą w okolicy Janowa Lubelskiego, gdzie przeżyliśmy jedną z większych burz w życiu. Deszcz podał tak jakby wiadrem za oknem ktoś wylewał wodę, a pioruny uderzały co kilkadziesiąt sekund w miejsca odległe nawet niespełna kilkanaście metrów. Było ciężko, ale daliśmy radę. Wieczorem, gdy pojechaliśmy samochodem na poszukiwanie zasięgu, poprzewracanych było pełno drzew przy drodze.

Kolejnego dnia udaliśmy się do Zwierzyńca, który to niestety jest typowo turystycznym miasteczkiem. Bardzo podobny klimat jak w Białowieży, niby Podlasie, ale ludzi jak na Krupówkach 😦 Po trzech burzach w minionym dniu postanowiliśmy nocować dwie kolejne noce na campingu przy jeziorze z dala od większych drzew. Miejscówka całkiem fajna jako baza wypadowa.

Miejscowość oferuje szereg atrakcji, które można zobaczyć jeżdżąc na rowerze, ponieważ jest pełno ścieżek rowerowych. Tak też zrobiliśmy, gdyż zabraliśmy nasze jednoślady.

Na pierwszy ogień poszedł mały Kościółek na wodzie, gdzie w dniu odpustu parafialnego jest wyjątkowa w swoim rodzaju procesja Eucharystyczna na wodzie.







Dalej udaliśmy się do Roztoczańskiego Parku Narodowego

gdzie po drodze mineliśmy ostoję wielu zwierząt na stawach „echo” oraz cudowne rozlewiska i torfowiska.


Zrobiliśmy mały przystanek na lokalne przysmaki we wsi Florianka w samym sercu Parku



oraz odwiedziliśmy jedyną ostoję i hodowlę konika polskiego, gdzie synek spotkał cudnego kotka.



Na koniec dnia pojechaliśmy samochodem do oddalonego o kilkanaście kilometrów miejsca gdzie pewien słynny chrząszcz brzmi w trzcinie, niestety nie usłyszeliśmy go, ale znaleźliśmy pomnik, a nawet dwa 😉


Szczebrzeszyn to też miejsce gdzie spotykają się 3 religie. Mamy tu Kościół katolicki, prawosławny oraz dawną synagogę. Odwiedziliśmy tu jeden z najstarszych XVI-wiecznych żydowskich cmentarzy w Polsce.

Kolejnego dnia szykowaliśmy się na Zamość, lecz po drodze chcieliśmy obejrzeć zachwalany przez wielu mini skansen, który bardziej można by porównać do muzeum geologicznego w drewnianych chatach, gdyż właściciel jest pasjonatem i w każdym budynku znajduje się obfity zbiór różnorakich znalezisk. Poczynając od skamielin i kości dinozaurów po kawałki meteorytów i skamieniałych drzew. Trochę czego innego się spodziewaliśmy, ale w sumie nie było tak źle. Tutaj ważna uwaga, trzeba mieć w tym regionie gotówkę przy sobie, ponieważ bardzo ciężko tutaj z jakimkolwiek zasięgiem a co za tym idzie z płatnością kartą.






Po drodze zatrzymaliśmy się na pyszne pierożki w restauracji „U mamy”, którą wam polecamy z całego serca. Znajdowała się tam również stodoła pełna „świętych babcinych obrazów”


Gdy dotarliśmy wreszcie do Zamościa niestety nie mieliśmy wystarczająco czasu na zwiedzanie, gdyż kolejna potężna burza nadciągała i po około półtorej godziny musieliśmy się zwijać. Polecamy aplikację na telefon z audioprzewodnikiem po mieście, bardzo ciekawie są przygotowane opisy poszczególnych miejsc do których jesteśmy prowadzeni. A dla koneserów polecamy nocne zwiedzanie tego klimatycznego miasteczka.


Kolejnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę kajakami. Spływ wśród drzew był jednym z moich marzeń, które właśnie zrealizowałem. Wieprz w tym rejonie to doskonała rzeka, jednak w sezonie oblegana przez masę turystów. Nam się udało w spokoju płynąć, ponieważ deszcz wisiał w powietrzu, a po burzach drzewa w kilku miejscach leżały na rzece, więc trzeba było przenosić kajaki, dlatego chętnych nie było tego dnia zbyt wielu.

Po kilku dniach atrakcji zapragnęliśmy prawdziwej dziczy więc udaliśmy się jeszcze dalej na wschód i zatrzymaliśmy się na Polesiu. I tu znaleźliśmy prawdziwy spokój i klimat jak na Podlasiu. Nawet nazwa podobna. Cisza, spokój, brak asfaltu, zwierzęta i miejscówki na dziko. Szczególnie polecamy okolice Poleskiego Parku Narodowego gdzie można spotkać nawet jedyne w Polsce żółwie błotne. Tu wiele zdjęć nie pokażemy, bo przez kilka dni po prostu delektowaliśmy się ciszą, przyrodą, wspólnym czasem rodzinnym, planszówkami, rowerami, ogniskiem i byciem pośrodku niczego 🙂



Pozdrawiamy serdecznie i do usłyszenia