Chwalcie łąki umajone. Góry, doliny zielone…

Co prawda mamy już koniec maja, ale jak mówią lepiej późno niż wcale 😉

Obiecywaliśmy relację z naszego ostatniego wypadu, no i proszę bardzo 😉 Długo wyczekiwany weekend, a w zasadzie cały tydzień na przełomie kwietnia i maja wreszcie nadszedł. Tylko my, nasz synek, piesek „Świst” i ukochana przyczepka.

Dzień 1 – Zamek Liw nad Liwcem

Na miejsce dojechaliśmy w nocy, ponieważ po weselu ciężko nam było się wcześniej zebrać, więc miejscówkę zobaczyłem na goole map i nie mieliśmy pojęcia co zastaniemy na miejscu. Jednak kiedy rano wstaliśmy i otworzyliśmy drzwi widok zaparł dech w piersiach. Cisza, spokój, woda, piękna pogoda…

To dziś po wielu latach odświeżyłem moje dawne zamiłowanie do poszukiwań z wykrywaczem metali. Nasz synek fascynuje się poszukiwania skarbów i przygodami Indiany Jones’a więc już od wielu tygodni nie mógł się doczekać kiedy wyruszymy na przygodę. Niestety tym razem nic ciekawego nie znaleźliśmy, ale wspólnie spędzony czas jest wystarczającą nagrodą.

Następnie udaliśmy się na zamek księżnej Anny Mazowieckiej do którego mieliśmy, tak licząc w prostej linii, około 35 metrów 😉 Wiele tam nie zobaczyliśmy, bo w poniedziałki niestety wszystko pozamykane, ale przynajmniej podziwialiśmy to co było ogólnie dostępne. No i co najważniejsze spotkałem księżną Annę! 😉

Niestety oberwało nam się za nasze wybryki z synem i już tracąc nadzieję, że jeszcze ujrzymy woloność, myśląc, że spędzimy w kajdanach resztę życia, dzięki dobremu sercu księżnej zostaliśmy ułaskawieni 😉

Dzień 2 – Polana, gdzieś w okolicach Pratulina 😉

Po południu udaliśmy się w stronę granicy z Białorusią, lecz nie spiesząc się zbytnio zabrakło nam trochę czasu by dotrzeć przed zmrokiem na miejsce więc na nockę zjechaliśmy gdzie w las i znaleźliśmy piękną polanę gdzie oprócz przenikliwej ciszy i okolicznych zwierząt nic nie było. Niestety ilość komarów i muszek sprawiła, że nie było opcji poobserwować gwiazd. Z racji bliskości granicy co jakiś czas było słychać przelatujące drony.

Kolejnego dnia kolejny raz udaliśmy się z synem na poszukiwanie skarbów, niestety i tym razem nie było większych sukcesów.

Dzień 3 – Pratulin i okolice

Po śniadaniu wyruszyliśmy w stronę Sanktuarium męczenników Podlaskich. Zachwyciliśmy się tym malowniczym miejscem, ale również czuć atmosferę , że jest ono naznaczone dużym cierpieniem.

Spędziliśmy tu wiele godzin objeżdżając okoliczne tereny rowerami i podziwiając rozpościerające się po okolicy piękne widoki oraz delektując się ciszą i spokojem.

Chcąc na chwilkę przycupnąć tuż przy granicy Polski , jaką jest w tym miejscu rzeka Bug od razu zostaliśmy namierzeni przez służby graniczne i dokładnie wylegitymowani.

Dzień 4-5 – Kampinski camp czyli coś fajnego w środku niczego

Wszystkim, którzy zdecydowanie wolą naturę i spokój od napakowanych turystami miejsc „Instafrendly” 😉 polecamy z czystym sercem ten rejon Podlasia. Ten rejon = odcinek gdzie Bug jest granicą z Białorusią. Nie znajdziesz tu, żadnych ośrodków, pensjonatów, restauracji i innej infrastruktury, natomiast odkryjesz to co najpiękniejsze…

Z racji tego, że musieliśmy na jeden dzień wrócić do Warszawy szukaliśmy miejsca gdzie możemy bezpiecznie zostawić przyczepę i jedyne miejsce, które było w promieniu 50 km to mały, ale niezwykle klimatyczny camping, na którym byliśmy praktycznie sami. Zresztą jest to raczej gospodarstwo gdzie można stanąć przyczepą, ale niesamowicie malowniczo umiejscowione. Serdecznie polecamy, bo oprócz cudownej okolicy są wspaniali gospodarze, którzy rano przyniosą Ci jajka prosto od kur, a również pomogą w ściągnięciu drona z czubka drzewa 😉 Poniżej link dla chętnych…

https://alohacamp.com/pl/property/kampinski-campground-2131

Stacjonując w tym miejscu odwiedziliśmy między innymi kolejne malowniczo umiejscowione z pięknym parkiem i bardzo ciekawą historią kradzieży obrazu z Watykanu ;-0 – Sanktuarium w Kodniu

W drodze powrotnej spotkaliśmy pana bobra, który wymusił pierwszeństwo nie na pasach…

Byliśmy również w Parku i muzeum Krasińskiego

Odwiedziliśmy również klimatyczną jadłodajnie w Hannie z zabytkowym drewnianym kościołem.

Dzień 6-7 – Gdzieś nad Wieprzem

Ostatnie dwa dni spędziliśmy nad samą rzeką w towarzystwie bocianów. To był cudowny rodzinny chillout i wspaniały początek sezonu. Popatrzcie sami…

Do następnego razu…

„Nie czekaj z marzeniami na odpowiedni czas, bo może nigdy takiego nie będzie…”

Dodaj komentarz